http://admin.blog.pl/b/b_ok.gif


żony męża blog

123

- Uważam, że to jest maltretowanie dziecka - ze stoickim spokojem, wyraźnie i jakże dobitnie konstatuje samozwańczy adwokat syna, gdy ten akurat spędza ósmą minutę na podłodze, gdzieś w połowie drogi między kiblem a salonem. Leży na plecach, tupie rytmicznie stopami o panele i okłada je do taktu zaciśniętymi pięściami, wzmacniając przekaz monotonnym mamaa-mamaa-mamaa... Po chwili serwuje sobie kilkunastosekundową przerwę, by w milczeniu, a nawet przy pomruku zadowolenia, pstryk-pstryk-pstryk... postukać o podłogę drobnymi paluszkami. Po należnym odpoczynku zaczyna jazdę od nowa, testując, czy może - zamiast zatwardziałej matki - nie byłoby skuteczniej wołać tataa-tataa-tataa lub dziadziuu---babciaa... etc. 
Zasadniczo chodzi o to, że ośmielam się ignorować spazmę i jedynie monitować od czasu do czasu, że oto jestem, tu, przy stole i czekam, aż zapanuje spokój a syn zechce zaszczycić mnie swoją obecnością, po tym, jak z rozdartą twarzą runął na ziemię w proteście przeciwko ograniczeniom. Nie wiem, czy miałam pozwolić mu się taplać w wodzie w sedesie, czy też biec mu na ratunek, słysząc dramatyczny zaśpiew.
- Przecież NIC mu się nie dzieje. - ciskam słowa, cedzę przez zęby; żyłka mi pęka. - Nie przywiązałam go do tej podłogi, nie krzyczę na niego ani nie zamierzam go bić. Może w każdej chwili wstać i przyjść - ja na niego czekam, o czym doskonale wie - niosę kaganek pedagogicznej oświaty, starając się tym samym oczyścić z zarzutów, jakobym pasjami maltretowała dziecko.

Po kilku kolejnych minutach syn przechodzi do pozycji czworaczej, by - z filuternym uśmiechem na ustach i zerowym śladem jakiejkolwiek frustracji - przybyć w glorii i chwale wprost na moje kolana.

- Psiaasiam - wydusza z siebie lekko zawstydzone pacholę. Wzruszam się nieco, niech będzie, eghm.

---

Ogólnie rzecz ujmując, postuluję wyprodukowanie izolatek dla rodzin zmagających się z buntem dwulatka, by w świętym spokoju mogły maltretować swoje dzieci procesem wychowywania a nastepnie - już po obróbce materiału - mogły ukazać światu opanowany, zharmonizowany i stabilnie działający produkt. Wychowywanie na forum, zwłaszcza rodzinnym, grozi nagłą krwią zalewającą.


by zona-meza | 2012-01-25 11:57:45 | skomentuj! (2)
122

Na męża pomysł, iżby ustanowić niedzielę świętym dniem wyspania, reaguję ekstatycznie. Przyspieszoną gestykulacją, wysokim tonem i szerzej otwartą powieką wyrażam aprobatę, bo wizja pozostania w łóżku, pomimo że dziecko uporczywie woła o "PAPTI!!!", jest naprawdę kusząca.

- Wiesz co - burczę do zagrzebanego pod kołdrą męża - w tę niedzielę to chyba ja się miałam wyspać. 
Nakrywam się szczelnie, zamykam oczy, zmuszam się do zaśnięcia. Chwilę wcześniej wróciłam - po raz drugi - z dziecięcego pokoju, gdzie usilnie walczyłam z uciekającym snem... by jeszcze na moment wrócił i zajął mi dziecko. Przynajmniej, aż zrobi sie widno.
Nienawidzę wstawać, gdy jest ciemno.

Dziecięcy świergot dobija się zza drzwi. Nie zaśnie. Mąż, z miną skazańca, wygrzebuje się z łóżka. Szura stopami po wykładzinie, wędrując do pełnego wigoru dziecka. 

- Tylko ubierz go najpierw - rzucam mężowi na odchodne i tym samym, kompletnie nieświadomie, kręcę na siebie bicz. Zamykam oczy, raz jeszcze... Ciepło puchowej kołdry rozpieszcza mnie nieprzyzwoicie... Bujam się na wyimaginowanym hamaku, by zaraz wskoczyć w puszystą chmurę sennego marzenia...

- Mam mu założyć body z krótkim rękawem? - bęc. Spadam z hamaka, chmura odlatuje. Za ścianą dwa osobniki płci męskiej walczą z elementami garderoby. Nie może być lekko.
- Znajdź jakieś z długim, w szafie... - mruczę niechętnie, odprowadzam wzrokiem tę odlatującą chmurę... Powolnym ruchem wsiadam z powrotem na hamak... Moja chmura uprzejmie zawraca...
- A gdzie są jego kapcie??? Bo tutaj nie widzę...
Spadam z hamaka. Instruuję, wsiadam na hamak... i schodzę.
- Wiesz, jak przygotować płatki? - pytam przezornie. Kolejnego upadku z hamaka mogę nie przeżyć.
- Tak, tak, wiem.
- 150 wody, 5 miarek i niepełny kubek płatków - nie ma mowy, nie dam się zaskoczyć.
Ciepło kołdry, ten hamak...

---

Na chmurze, w niedzielny poranek, gdy za oknem już jasno, jest mi dobrze, jak już dawno nie było... Nikt się po mnie nie tarza, nie kopie mnie w twarz ani w udo, nie jęczy o śniadanie i nie spada z łóżka, przyprawiając mnie o zawał. Drzemię już chyba z 15 minut!
Istne szaleństwo.

Celebrując własne szczeście, w które, a jakże, lekko nie dowierzam, lawiruję między snem a jawą... 
Podnoszę wzrok, gdy słyszę skrzypnięcie drzwi od pokoju. Mąż, na palcach, cichutko, zmierza w moim kierunku.
- Przyniosłem ci kawkę - obwieszcza dumnie i rozciąga usta w klaunim uśmiechu. 
- Bim-ba-bim! - kwituje syn zza ściany.



by zona-meza | 2012-01-23 13:06:37 | skomentuj! (4)
121

Prawdopodobnie nie odkrywam Ameryki ani żadnego innego landu stwierdzając, że okres "NIE" i jego wierny kompan - okres "SAM", montują kolejną epokę w rozwoju dziecka - epokę odrębnego "JA", w którą to właśnie, ta-dam, syn postanowił wkroczyć. A raczej władować się w nią z impetem i przytupem. Oraz z teatralnym rzutem na podłogę, a co.

---

- Chodź, założę ci jeszcze bluzę - mówię do syna, dla którego ustanie w jednym miejscu w czasie zmiany garderoby graniczy z cudem.
- Byzię - powiada niespełna półtoraroczne echo, po czym artykułuje protest - niö... - ciągnie umlautem, jakby naśladował bohaterkę reklamy Froopa. 
- Nie chcesz tej bluzy?
- Niö.
- To może tę...? - zagajam i przedkładam młodemu styliście białą kangurkę.
- Niö... fafy! 
- Ach, tak? Chcesz inną, z szafy? - dopytuję i w tym samym momencie widzę ten bezmiar radości i uznania; jakby krzyczał: "tak! jesteś najlepsza - ZROZUMIAŁAŚ!!!".
Pulchna łapka zdziera z wieszaka czerwoną bluzę. Jest porozumienie.
Chwilę później syn beztrosko stoi nad krawędzią schodów.
- Ba-tm - mruczy pod nosem, knując w małej głowie plan udania się na-dół. Gdy go dopadam, a duszę, prawda, mam gdzieś na ramieniu, prawa stopa syna spoczywa już stopień niżej. Z ust dziecka wydobywa się złowroga mantra:
- ...siammm... 
- Nie wolno ci schodzić samemu! - dyszę nad dzieckiem, oko mi nerwowo lata.
- Mamom - odpowiada rezulutnie i z pełnym luzem syn. 
- Tak, tylko z mamą...



by zona-meza | 2012-01-22 13:25:13 | skomentuj! (2)
120

- Kto to jest? - pytam syna wskazując niewychowawczo palcem na zdjęcie psiapsióły z liceum.
- Ciacia - odpowiada zgodnie z prawdą syn i sprawia mi tą jedyną w swoim rodzaju radość, skropioną tu i ówdzie lukrem dumy. Że wie, że wymawia, że pamięta, że... w ogóle. Więc pieję z zachwytu przez krótką chwilę, po czym wdrażam dziecię w misterną sieć planów na popołudnie i uprzedzam lojalnie o wyjeździe do "ciaci" i jej małej, trzymiesięcznej córki. Syn uśmiecha się i zasadniczo cieszy, choć przez jego twarz przelatuje niewielka smużka onieśmielenia. Chyli głowę lekko ku dołowi, patrzy jednocześnie w górę, wprost w moje oczy i zasłania policzki dłońmi. Poznawanie nowych osób, bądź spotykanie dawno niewidzianych to jednak wyzwanie dla systemu nerwowego syna. Dobrze to wie, takie mam odczucia.
Kiedy ciocia S. staje w drzwiach domu i zaprasza nas do środka, syn posyła jej pełen blasku uśmiech, by - tuż po przekroczeniu progu - wpaść w pięciominutowy, histeryczny szloch. Wbija palce raz w moje, raz w męża plecy i żadnym sposobem nie da się przekonać do zdjęcia kurtki, choć wewnątrz tropiki a pani domu śmiga w koszulce na ramiączkach.
Histeria mija równie nagle, jak się pojawia. Herbatka malinowa i drewniane puzzle załatwiają sprawę na tyle, że przez kolejne 2 godziny syn już jedynie zachwyca. Zwiedza, zagląda, zagaduje... Porzuca kawałek sernika na rzecz suszonej żurawiny i będzie skubał ją systematycznie, aż na dnie miseczki zostaną jakieś marne resztki. Żurawinę zagryza kawałkami świeżego ananasa i krzywi się nieco tylko przy pierwszym kęsie.
Tymczasem mała N. hipnotyzuje mnie bezgranicznie. Podnoszę kruche, drobne, maleńkie 5 kilogramów... Po dwunastokilogramowym synu mam wrażenie, że bawię się lalką. Zaglądam w ogromne, niebieskie oczyska, gadam coś... nie wiem już, co się gada do trzymiesięcznych... N. odpowiada bezzębnym uśmiechem. Uśmiechem na tak drobnej twarzy, że nie wierzę, że się tam mieści. Syn był taki sto lat temu, nie 14 miesięcy...
Niemożliwe, że 14 miesięcy.


by zona-meza | 2011-12-28 12:47:56 | skomentuj! (3)
119

Zimowe butki, rozmiar 25, z lekkim zapasem, drepczą dzielnie po kamiennych stopniach prowadzących do miejscowego, babskiego przybytku - Rossmanna. Ręce w górze, asekuracja. Lewa, prawa, lewa... Nigdy nie chodził po schodach dostawiając stopy do siebie.
- Chodź, chodź z babcią! - skrzeczy mi nagle nad uchem przypadkowo napotkana sześćdziesiątka, odziana w białą tapicerkę samochodową, z bordowym beretem na głowie. Dostaję nagłej furii, gul mi rośnie w gardle, kiedy się obcy w ten sposób tytułują i terroryzują mi dziecko nachalnym, sztucznym uśmiechem.
- My też mamy takiego dwulatka - chwali się nieproszona i uświadamia mnie, że syn wygląda na siedem miesięcy więcej, niż w rzeczywistości. Niech będzie. - A jak ma na imię...? Bo nasz Miłoszek. I nie wiadomo, jak tu na niego wołać - średnio kulturalnie robię tzw. gały i stwierdzam chwilowy brak języka w gębie. Bo niby jak wołać? Po imieniu? Ale mogę się oczywiście mylić.
- Gdzie tu jest wejście... - mamrocze pod nosem samozwańcza babcia - bo ja tu pierwszy raz...
- O tam, kolejne drzwi - informuję, siląc się na resztkę uprzejmości i wskazuję kierunek brodą, podtrzymując oburącz syna, pokonującego ostatni stopień. Drepczemy tuż za nią, w tym samym kierunku.
Nie słyszę dziękuję, albo, rzecz jasna, mi się wydaje. Biała tapicerka ładuje się do sklepu, ja, prostując tor lotu małego człowieka, który nagle był się zachwiał, tuż za nią... I - bęc. Ciężkie, szklane drzwi zatrzaskują się z impetem, niemal rozkwaszając mój i syna nos. 
Zadziwiające, jak szybko i nieskomplikowanie można stać się niewidzialnym.
Kilka chwil później, pod innym już sklepem, orientuję się, iż oto właśnie, wraz z nieletnim, bierzemy udział w wyścigu do kolejki. Jak się okazuje, długiej. Przegrywamy go z inną sześćdziesiątką (również w berecie, ale to zapewne zwykły zbieg okoliczności), która na naszych oczach doświadcza cudu uzdrowienia i z kulejącej, powolnej staruszki zmienia się w gibką, szybką i bezkompromisową wojowniczkę. Stoi dumnie dwie osoby przed nami, biały moher na jej głowie jeszcze faluje, wzruszony pędem powietrza.
Syn, na widok szarej masy stłoczonych w ciasnej klitce ludzi, jęczy maamaaa... i wyciąga ręce ku górze. Jest na granicy histerii. Zarzucam go sobie na ramię, łokciem podtrzymując opadającą torbę. Cienkie uszy reklamówki wypełnionej trzema kilogramami ziemniaków tną mi palce prawej dłoni. Pot leje mi się po dupie, bo okazało się, że 9 stopni, nawet w grudniu, to za dużo na zimową kurtkę.
- Popatrz jakie ładne plakaty/choinka/zegar/a tutaj kiełbaski, ty lubisz! - nadaję jak z pepeszy, byle tylko zahamować galopującą obniżkę nastroju syna. Ten pot po dupie... coraz bardziej.
- Niech pani stanie przede mną, proszę. Chociaż jedna osoba mniej, to zawsze coś - mówi ciepłym głosem ufarbowana na kasztanowo trzydziestka - Ja wiem, jak to jest ciężko - dodaje z uśmiechem pełnym zrozumienia i niemal zmusza mnie do zajęcia jej miejsca w kolejce, choć się wzbraniam ze skrępowania. Zamiast jedenasta, jestem dziesiąta.

Ech, ta dzisiejsza staroć, chciałoby się rzecz w odwecie za te wszystkie starcze utyskiwania kierowane do tak zwanej dzisiejszej młodzieży.


by zona-meza | 2011-12-16 13:19:47 | skomentuj! (6)
118

Szukam kilku minut dla siebie. Siadam na fotelu, otwieram komputer; swoją mikroprzestrzeń. 
- phhhhiiii...! - prycha syn, niczym rozwścieczone kocię. Biega wokół fotela. Za nim ojciec. Na czworaka. Też prycha. Śmigają mi na orbicie jak dwa prychające pociski. Czytam coś. Nie wiem co, bo w tym samym momencie syn wdrapuje mi się na kolana i zezuje za oparcie fotela, inicjując klasyczne a-kuku. Ojciec znika mu z pola widzenia, prychanie cichnie.
- Gdzie tata? - leci młodszy nienaganną polszczyzną. Młodszy, który generalnie nie rozpieszcza nas werbalnymi komunikatami. Zbieram szczękę z podłogi.
- Co powiedziałeś??? Gdzie tata??? Jak pięknie! Powiedz: "gdzie tata?"! - klepię standardową formułkę, molestując dziecko o dalsze popisy. Jak upierdliwa ciotka. Nie umiem się oprzeć wymuszaniu popisów. "Jak ty śpiewasz "Panie Janie"?" (nianie-nianie), "Kto jest łobuzem?", "Jak ryczy lew?" - dręczę dziecię i cieszę się nieprzyzwoicie, choćby "aaghrrr....!" pobrzmiewało dwudziesty ósmy raz w ciągu dnia. Łaskę rozgrzeszenia czerpię z wiecznie uśmiechniętej twarzy małego celebryty, któremu najwyraźniej domowe show sprawia dziką frajdę. Poza jednym...
- Daj buzi mamusi... - ciumciam przymilnie. Syn tymczasem wygina się w pałąk i przepełniony nagłym zainteresowaniem własnym zadem udaje, że nie wie o-co-cho... Podciągam czarne kalesony, głaszczę blond czuprynę... - Idź, ty...! - dąsam się, klepię zapieluchowany tyłek i uśmiecham się nostalgicznie. Nasto-miesięczniak. Prawie jak nastolatek.


by zona-meza | 2011-12-13 23:24:30 | skomentuj! (4)
117

Przejeżdżam dłonią po głowie, jak grabiami, i wyczesuję spomiędzy włosów dwa suche liście. Zlepiam je po cichu ze sobą, zwijam w rulon palcami tak, by nie szeleścić. Zza szczebli łóżeczka słychać coraz wolniejsze, miarowe oddechy. Śpi. Zasnął w 3 minuty, przeładowany wrażeniami po pierwszym w życiu najprawdziwszym grabieniu najprawdziwszych liści. I po zaliczeniu klasycznej gleby na wznak wprost w mokrą trawę i piasek. Nowa kurteczka, nowy bucik. Błotko. Dziecko mnie uczy na nowo trzeźwego myślenia i olewania tego, na co nie ma się wpływu. Z uśmiechem na ustach otrzepuję cały tył syna, od czapki po kostki. Klepię go krzepiąco po tyłku i odsyłam do dalszej zabawy. 
Nie wiem, czy grabi się liście, zanim wszystkie zdążą opadnąć. I nie wiem, czy zdążą opadnąć, zanim je przykryje śnieg. Więc na wszelki wypadek grabię. W zasadzie też przeżywam swoją pierwszą jesień w ogrodzie. Skłamię, jeśli powiem, że ją lubię. Przez kuchenne okno wygląda, rzecz jasna, bajecznie. Zakładając, że tuż za mną nie czai się akurat obleśny, ośmionogi potwór z gatunku tegenaria, któremu jesienne przymrozki podpowiadają idiotyczne pomysły schronienia się w budynku mieszkalnym. Przysięgam, nie wiem, którędy włazi do domu osobnik o średnicy siedmu centymetrów, jeśli w oknach prężą się moskitiery a mąż, bohater w swoim domu, pooklejał wymyślnymi uszczelkami wszystkie drzwi. A jednak włazi raz na czas, przyprawia mnie o obłęd i atak histerii, skutkujący kilkutygodniowym oporem przed schodzeniem do piwnicy. Więc nienawidzę jesieni, choć złotopolska, zza okien, taka urokliwa...


by zona-meza | 2011-11-09 12:46:29 | skomentuj! (6)
116

- ...bapci...? - pyta syn, unosząc wzrok znad butelek szamponów i płynnych mydeł, stojących rządkiem na brzegu wanny. Jeszcze sekundę wcześniej zamierzał zgrabnym ruchem wtrącić je do wody i urozmaicić sobie kąpiel. Ubiegłam go jednak stanowczym nie ruszaj!
Bapci, wymawiane z pełnym poszanowaniem dla polskiej normy językowej, jest odpowiedzią na wszelki zakaz dotyczący tak zwanego ruszania. Gdzieś, kiedyś, nieopatrznie wykręciłam się tym argumentem. W wyniku błyskawicznej generalizacji, syn skategoryzował wszystkie zakazane owoce jako przynależne seniorce rodu i takie wytłumaczenie dla ich nieosiagalności uznał za wystarczające.
Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu bapci jest niemal jedynym słowem, z wymową którego syn nie ma najmniejszych kłopotów (pomijając, rzecz jasna, pełne ekspresji i nadęcia dać!, ale to się jakby nie liczy, bo staż "dacia" to już blisko pół roku). Cała reszta czynnego słownika małolata zamyka się wokół wyrażeń pokroju datm-batm, knte-knde oraz wef i paf, gdy mowa o lwie i pawiu. Plus onomatopeje, z buduu!!! (łubudu) i naśladowaniem mowy oślej na czele.
Słownik bierny syna wprawia mnie natomiast w niesłabnące osłupienie, choć może obiektywnie nie stanowi żadnego ewenementu (nie wiem). W książkach nie ma już wizerunków, których nie umiałby przyporządkować do rzucanych w trybie random nazw. Znajdowanie ich rzeczywistych odpowiedników zapewne zbyłby pogardliwym prychniecięm i podsumował jako zadanie poniżej kwalifikacji. Na szczęście jeszcze nie umie.

- Wskakuj pod firankę! - komenderuje mąż i ojciec, upatrując dobrej zabawy w zaplątywaniu dziecka w kawałek przykurzonej organzy. Syn z bananem na twarzy pędzi pod okno balkonowe, wciska się między materiał a szybę, wstaje i rechocząc biegnie na środek salonu. Firana ciągnie mu się po włosach niczym welon i mierzwi blond czuprynkę.
I elektryzuje, co niestety nieodwołalnie zwiastuje porę zimową.


by zona-meza | 2011-10-21 12:17:35 | skomentuj! (2)
100 placów na 100 lat!

Kolorowy dach drewnianej lokomotywy i jaskrawo połyskujące sprężyny dziecięcych bujaków w przyprzedszkolnym ogrodzie kuszą swoim widokiem zarówno głodnego zabawy syna, jak i - nie ukrywając - zmęczoną wymyślaniem alternatyw matkę. Jeszcze bardziej kusi furtka ogrodzenia, otwarta na oścież, w zapraszającym geście. Zadzieram więc ku górze ster niebieskiej parasolki i wjeżdżam wózkiem na chodnik wiodący na teren placu zabaw. Przezornie zatrzymuję się przy tablicy, na której grubą czcionką wysmarowano ulubione, tak bardzo pożądane w zabawie słowo: REGULAMIN.
I klnę zaraz potem w duchu, że po co w ogóle się zatrzymałam. "Na placu zabaw mogą przebywać WYŁĄCZNIE dzieci uczęszczające do przedszkola". Bęc. Zawracamy, chąc uniknąć eksmisji i naburmuszonych spojrzeń dyrekcji placówki.
Przez kolejne długie minuty wędrujemy od osiedla do osiedla w poszukiwaniu ogólnodostępnego miejsca dziecięcych uciech. Na którym bujaki nie byłyby połamane, piaskownica nie byłaby pełna drzazg i czarnoziemu, huśtawki miałyby choć minimalne zabezpieczenia a zjeżdżalnia nie rozrywałaby na tyłku spodni rdzawymi wypryskami. I na którym mrówki w ilości milion nie próbowałaby dostać się do moich skarpet.
I otóż, proszę Państwa, NIE MA. W mieście circa 6-tysięcznym NIE MA bezpiecznego, atrakcyjnego i czystego placu zabaw, na którym można by zrobić coś więcej, niż siedzenie na ławce i plucie pod własne obuwie łupinami ziaren słonecznika. Zakładam bowiem, że ta specyficzna forma rozrywki pozostaje jednak poza zasięgiem dziecka 14-miesięcznego, na przykład.
Mimo szczerych chęci, nie wierzę w odosobnienie przypadku mojej miejscowości i przypuszczam, że czarnych dziur na mapie polskich placów zabaw jest znacznie więcej. Dlatego z pełnym przekonaniem postanowiłam wesprzeć inicjatywę firmy NIVEA, która w ramach akcji "100 placów zabaw na 100 lat NIVEA" wybuduje adekwatną liczbę placów zabaw w wyłonionych drogą WASZEGO głosowania lokalizacjach.


W czerwcu i lipcu zgłoszone już zostały lokalizacje, w których potencjalnie powstaną place zabaw. Teraz to od Was zależy, gdzie zostaną wybudowane. Zachęcam Was gorąco do wzięcia udziału w głosowaniu - być może to właśnie gdzieś blisko Was znajdzie się nowe, bezpieczne i naprawdę atrakcyjne miejsce do zabawy dla Waszych dzieci. Na placach ufundowanych przez NIVEA znajdą się zestawy zabawowo-sprawnościowe, huśtawki, bujaki, piaskownice i karuzele a nawet kosze na śmieci, które pozwolą nam - mamom wpleść do beztroskiej zabawy nieco edukacyjnego fermentu i przemycić elementy wychowawcze ;) 
Wszystkie informacje na temat akcji, dokładny opis placów oraz zasady głosowania w konkursie znajdziecie pod TYM adresem.
Jeśli jeszcze macie jakiekolwiek wątpliwości, to zapraszam na krótki FILM z cyklu "co potrafią dzieci" ;)

Zachęcam Was do głosowania a firmie NIVEA gratuluję - a co! ;) naprawdę dobrego pomysłu!





by zona-meza | 2011-10-07 16:17:49 | skomentuj! (1)
115

Są chwile, kiedy trud codzienności, zmęczenie i znużenie stają się najpełniejszym szczęściem z możliwych... Kiedy marudzące dziecko, plujące gotowanym przez dwie godziny obiadem, staje się na nowo cudem, najcenniejszym skarbem i sensem istnienia. Chwile, kiedy wstyd napisać, że cokolwiek poszło nie tak...

Rozmawiam z S. przez telefon. Narzekamy na rutynę, podobieństwo kolejnych dni, matczyne udręczenie... S. relacjonuje mi harmonogram nocnych przebudzeń półrocznego dziecka. Słucham, kiwając głową.
A zaraz potem, kątem oka, czytam to. I już nie wiem, co do mnie mówi. Do moich uszu docierają tylko strzępy jakiegoś bełkotu... Nie odpowiadam przez dłuższą chwilę.
Nie wierzę w dalszym ciągu. Nie rozumiem, nie chcę wierzyć. Mam przed oczami kilkumiesięcznego Igora. Wspominam chwile sprzed 7 lat, spędzone przy porannej kawie i przy fotoblogu Agaty. Widzę słodki uśmiech chłopca w kolorowym sweterku. Nawet nie myślałam wówczas o byciu matką.
Nie ma słów, by wyrazić to poczucie straty, niesprawiedliwości i bezsensu. Nie sądzę, że można żyć dalej...



by zona-meza | 2011-08-19 12:17:48 | skomentuj! (5)
114

Wciskam na blond główkę beżową czapkę z daszkiem, zapinam rzepy sandałków. Numer 21; powoli robią się za małe. Sadzam syna w wózku i przekazuję ster mężowi. Męska wyprawa w miasto.
- Odpocznij trochę... - z troską w głosie zleca mąż, fundując mi słodkie, popołudniowe sam na sam. Uśmiecha się, zamyka furtkę. Syn odczynia podręcznikowe papa.
Zamykam drzwi od domu, podpieram je plecami i biorę głęboki oddech. Cisza gwiżdże mi w uchu.

Staję przy zlewie, rozkręcam butelki po mleku i herbacie, zbieram gary z kuchenki, opróżniam zmywarkę... Szum wody z kranu, podmuch wiatru z uchylonego okna... Prawie jestem na wakacjach. Ścieram resztki sosu pomidorowego z krzesła do karmienia. Mija pół godziny.
Szczotką od odkurzacza wymiatam spod sofy plastikową, czerwoną kulę. Odkrywam panele spod warstwy kurzu, drobin poszarpanego styropianu, płatków tynku i niewielkich grudek błota. Remont i dziecko. I murarz/tynkarz/syfiarz. Partacz.
Wciągam do odkurzacza coś, co zmienia mi go na moment w rozjuszonego grzechotnika. Uznaję prędko, że chyba jednak nie będę się zastanawiać nad tym, co to było.
Odpoczywam tak skutecznie, że chwilę później usilnie próbuję odkurzyć wzór z płytek w przedpokoju. Taki jakiś... podchwytliwy.
O 18:39 zasiadam przed telewizorem. Dojadam ogórka z obiadu. Odpocznij trochę dźwięczy mi w uszach, jak niewypełniony obowiązek. Włączam coś, skaczę po kanałach. Wakacyjna ramówka, uwielbiam. Zerkam przez okno. Syn uwieszony na ramieniu ojca wyjmuje ze skrzynki pocztę.
Koniec wakacji.


by zona-meza | 2011-08-19 11:15:01 | skomentuj! (3)
113

- Zapisałaś już syna do przedszkola? - pyta M. Choć niemal w tym samym momencie parska śmiechem, nie da się ukryć, że wcale nie żartuje.
Otóż nie zapisałam. Nonszalancja z mojej strony, zapewne.
Bratanek M., świeżo upieczony trzylatek a od września członek dziecięcej społeczności klubu malucha, dziarsko drepcze między nami, zaglądając od czasu do czasu do parasolki syna.
- Wypuść goo... - prosi mnie o litość dla uwiązanego w uprząż, młodszego kolegi.
- Dać! - wtóruje syn swemu wybawcy. Ten zaś staje w osłupieniu i odkrywczo zakrzykuje:
- On gada!!!

---

Trzy dni wcześniej, na urodzinach starszego z chłopców, jubilat ze smutkiem w głosie zapytał:
- Ciocia... a lacego on nie gada?


by zona-meza | 2011-08-16 12:32:20 | skomentuj! (2)



księga gości


archiwalne wpisy

2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
czerwiec



e-pistolografia
żona męż@

potrzebują wsparcia
Laura
Tobiasz

pogotowie kulinarne
moje przepisy
chuda vel Chochelka

koleżanki po fachu
mrożonka
zaniepominajka
jej droga do macierzyństwa
esperanza
zapisuje na przyszłość
kiddie & more
bebe

się dobrze czyta
sprawunki
eee ...co to ona chciała...?
za co?
za jajco!
od rana do wieczora
niegrzeczne mamuśki
sypialniane dialogi
pierwsza żona
Mama o Córce

czytane od zarania
rozmawiają
opierniczana od lat
teściowa nietypowa
badmo - historia
opierniczany już jakby rzadziej
nie takie zimno


blog.pl