żona męża

a dziecka matka

Ze względu na przytłaczającą ilość komentarzy będących spamem, zmuszona jestem zablokować możliwość komentowania na tym blogu.

Na pogaduchy zapraszam więc tutaj :)

128

2 komentarzy

zona-meza.blogspot.com

 

Wobec codziennego wychodzenia ojca do pracy syn żywi uczucie mieszczące się gdzieś w granicach umiarkowanej akceptacji. Nie odstawia histerii, nie wgryza się ojcu w nogawkę ani nie wypytuje kompulsywnie o powrót taty. Stan rzeczy przyjął do wiadomości, jak matka zmienność pór roku i konieczność przeżywania zim. Niemniej protest w postaci kwaśnej miny i wyraźnego NIE! serwuje przy każdej sposobności niemal obowiązkowo (podobnie zresztą ma się sprawa matki i konieczności przeżywania zim, w sumie).
Tuż po tym, jak za mężem i ojcem opadła brama garażowa, syn wiesza się oburącz na klamce w drzwiach do przedsionka. Otwiera je bez trudu, przekracza próg i zamyka przeszklone skrzydło za sobą.
- A dokąd ty idziesz? – pytam szczerze zaciekawiona.
- Paci - odpowiada mój dorosły syn, miesięcy całe 20 i patrzy na mnie mądrym, a wręcz wyrozumiałym spojrzeniem.
- Naprawdę? A gdzie pracujesz?
- Zianzia – informuje i z wolna zabiera się za wychodzenie z domu. W kapciach, bawełnianym body i polarowych spodniach od dresu; na te całe 3 stopnie porannego, wiosennego ciepła.

Zianzia, znana szerszej publiczności raczej jako tramwaj to autentyczna pasja. Bo jak inaczej nazwać fascynację, która u 20-miesięcznego dziecka trwa dokładnie połowę jego życia? Zianzia, która w przypływie rozemocjonowania bywa zian-zian-zianzią, to – jak czasem mi się wydaje – sens egzystencji mojego dziecka. Jest motywacją do wyjścia na spacer (choć, rzecz jasna, w 6-tysięcznym mieście żaden transport publiczny nie istnieje) oraz lepszym niż telewizor sposobem uziemienia dziecka – bo dziecko, proszę państwa, posiada nagrany i zmontowany domowym sumptem 10-minutowy film, którego cała akcja opiera się na arcyciekawym motywie przejazdu niebieskich bombardierów i 105N.
W blokach rysunkowych królują pokraczne, dość schematyczne wagoniki tworzone ręką matki a najprawdziwszy tramwaj – przy dużej dawce wyobraźni – można skonstruować nawet z czterech klocków lego duplo. Wiem, bo syn mi pokazał.

- Cieszę się, że robisz to, co kochasz – obwieszczam synowi, po czym wciągam go z powrotem do domu. I przypominam sobie, że tuż po przyjeździe na studia do uniwersyteckiego miasta, zakochałam się w tramwajach i długo nosiłam się z zamiarem ukończenia kursu dla motorniczych. Najwyraźniej brakło mi zapału, bo na noszeniu się skończyło.

Czego życzyć dziecku z okazji ukończenia dwudziestki?
Determinacji?

zona-meza.blogspot.com

 

ZIUMBAAA! - zakrzykuje energicznie synu, bujając się pod sam sufit na drewnianej huśtawce.
- A kto chodzi na zumbę?
– MAMA!

Tak. Mama na zumbie to zjawisko iście bajeczne. Mama na zumbie płonie z przegrzania i straszy rumianym licem, myli kroki i katuje lewe kolano, z którego potem przez cztery kolejne dni przegania mało urokliwy obrzęk. Tańczy i sapie, dyszy i dmucha… i pot z niej spływa… hektolitrami. Kręci tym i owym, klaszcze dziarsko w dłonie i popyla w mniej lub bardziej rytmicznych podskokach od lewej do prawej (podczas, gdy reszta sali popyla od prawej, ale kij).
Mama na zumbie jednak przede wszystkim czuje, że żyje. Drżeniem mięśni i mokrą głową utwierdza się w fizycznej egzystencji a przesycona endorfinami traci panowanie nad mimiką, zastygłą w idealną krzywiznę europejskiego banana.

Rankiem nieśmiało wydobywam spod kołdry zazumbione kończyny; brak paraliżujących zakwasów dowartościowuje, nie powiem.
- Jak ci się spało…? – pytam syna, który prężnym krokiem wmaszerował właśnie do sypialni starszyzny.

Mijo… - odpowiada leniwie.
I o to chodzi.

126

1 komentarz

zona-meza.blogspot.com

 

Dziecko werbalizujące to jakby level up w relacji. Inna epoka. To jak granie w tenisa na wypasionym korcie po roku odbijania piłki od ściany ciasnego pokoju.

Cio to? - pyta syn wskazując palcem na plastry rzodkiewki, którymi szczelnie przykryłam kromkę chleba z twarogiem.
- Rzod-kiew-ka - odpowiadam dużymi literami, z teatralną dykcją, mając na uwadze skomplikowane brzmienie słowa.
- …aaaaAaaha - kwituje młody. Wbija uzębienie w kanapkę, odgryza tyle, ile jest w stanie pomieścić w ustach, po czym robi coś – nie wiem co – co sprawia, że kanapka ląduje z plaskiem na talerzu, rzodkwią do dołu, rzecz jasna. Wybuchamy śmiechem, nie zważając na dziecięcą paszczę pełną jedzenia.
- Jaja! - powiada syn, zachodząc się śmiechem.

Trafne umiejscowienie w kontekście to mój ulubiony aspekt dziecięcej wypowiedzi. Podobnie jak nieoczekiwane wygłaszanie tego, co zasłyszane dawno temu zaległo w meandrach pamięci i przez długi czas pozostawało uśpione.

Kurrr…cze! – bluzgam przytomnie wersją lajt na okoliczność poparzenia prawej dłoni rozgrzanym uchem gara. Z jakąś zupą – zapewne. Zupa jako nieodłączny atrybut matki dzieciom. Dziecię rozporządza pojazdami kołowymi, powodując co rusz kolizje autobusu z większym od niego jakieś 3 razy samochodem. Więc rzucam to nieszczęsne kurczę, na co nieletni, jak ulał wpasowując się w klimat, dorzuca:
bladiii….!

- Ja to się obawiam, że on będzie umiał przeklinać, zanim pójdzie do chrztu – wyartykułował swego czasu pradziadek S., zwany od niedawna Tasiem. A przyznać trzeba, że miało to miejsce jeszcze w okresie zamierzchłego niemowlęctwa syna.
Prorok jaki, czy co?

Po dogłębnych analizach, przemyśleniach, bitwach stoczonych z natłokiem myśli oraz po kolejnych, mrożących krew w żyłach przygodach ze złośliwym kokpitem, zapraszam miłych Państwa tutaj.

W nowym miejscu znajdziecie prawie cały zestaw archiwalnych wpisów (bez notek „technicznych” i konkursowych – stąd rozjazd w numeracji), oraz linki do zdjęć ilustrujących poszczególne wpisy, które poznikały w wyniku transformacji na „lepsze”.

Pod starym adresem, z myślą o zbłąkanych wędrowcach oraz o podtrzymaniu funkcji życiowych tego bloga, nadal będą pojawiać się nowe wpisy.

Mam nadzieję na równie dobry klimat, jaki gościł tu od początku istnienia tego bloga oraz – przede wszystkim – na Waszą obecność i czynny udział ;)

żm

…pełny frustracji, tupania nóżką, i ogólnego focha.

Materia odporna na wszelkie błyskotki, kokardki, koroneczki i cały ten tuning, pękła pod naporem kuszących komunikatów, że oto nadeszło lepsze, ładniejsze, prostsze, wygodniejsze… i w ogóle WOW. I kliknęła w nieodwracalne, przenosząc bloga swego jedynego w labirynt Minotaura.
I się zaczęło. I skończyło, tym samym.
Ochota na pisanie nowych notatek odeszła w zapomnienie wraz z pojawieniem się nowego wyglądu i sposobu obsługi bloga. Kokpit, zwany swego czasu po prostu panelem administracyjnym, przemawia do mnie językiem wychudzonego, schowanego za zaparowanymi okularami informatyka i robi totalnie wszystko, bym przypadkiem nie domyśliła się o co tak właściwie chodzi.
Używa wobec mnie słów, które zmuszona jestem uznać za obraźliwe, gdyż najnormalniej w świecie ich nie rozumiem. Kusi mnie zapisaniem szkicu notatki, gdy akurat syn – w kompletnie bezsensownym momencie – postanowił zakończyć drzemkę, po czym wystawia mi język, gra na nosie i komunikuje brak zapisanych szkiców. A nie powiem, żebym napisała trzy zdania.
Rzucając kilka soczystych bluzgów w przestrzeń, postanawiam zatem wynagrodzić sobie wszelkie krzywdy i udać się do zapowiadanego mnóstwa nowych szablonów (które to mnóstwo w znacznej mierze odpowiada za moją idiotyczną decyzję przeniesienia bloga) i zafundować sobie miłą zabawę kolorami w hateemelu. Gdy już kończę ponownie bluzgać, widząc całe 12 szablonów nudnych jak flak, odkrywam, że jedyną opcją zmian na moim szablonie jest wybór jednego spośród bodajże dwóch zestawów kolorystycznych.

Szał pał, mili państwo.

Być może za jakieś siedemnaście miesięcy zdołam opanować tę wygodniejszą, prostszą, lepszą i w-ogóle-WOW-wersję, ale póki co chlipię po kątach z tęsknoty za starym, dobrym blogiem i ulegam coraz większej pokusie uknucia planu ewakuacji.

125

3 komentarzy


Kiedy 10 miesięcy temu pławiłam się w zachwytach nad eksplodującym rozwojem mowy u syna, zwyczajnie gadałam bzdury i niespecjalnie miałam pojęcie, o czym rozprawiam. Bo eksplozja, jak się aktualnie, dzień w dzień okazuje, dopiero miała nadejść (i cóż z tego, że za jakieś pół roku zrobię kopiuj/wklej z powyższym odkryciem?).



- A co to jest??? - lecę pełną ekspresji frazą, oscylując głosem gdzieś w okolicach delfinich rejestrów. Patrzę na podłogę w kuchni usłaną miejsce w miejsce plastikowymi pojemnikami na mrożonki. Oraz należnymi im pokrywkami, w liczbie 10, circa. Chwytam się pod boczki, zastygam w pokracznym hołubcu. Srogim wzrokiem mierzę syna, który – rozłożony płasko na glazurze – uśmiecha się niewinnie.

- Babzin - odpowiada z właściwą sobie, ujmującą gracją.

- Ach tak… A kto zrobił ten bajzel? - drążę, trwając w obranej wcześniej pozie.

- Siasiu – stwierdza syn, który nie jest ani Jasiem, ani Stasiem, ani żadnym innym pokrewnym. I on jeden wie (o ile rzeczywiście wie), skąd się wzięła ta fantazyjna ksywka.

Nie dając się zbić z pantałyku (choć się we mnie, rzecz jasna, gotują emocje, bo oto ROZMAWIAM z dzieckiem, tak po prostu, prowadzę konwersację, dialog, nie monolog i mam z tego tytułu dziką frajdę), konsekwetnie drążę, siejąc wychowawczy ferment:

- A kto, w takim razie, ten bajzel posprząta? – naiwnie pytam, choć doskonale znam odpowiedź; jakby z doświadczenia.

- Mama – perłowo-białe górne siekacze, rozdzielone uroczą diastemą połyskują spod górnej wargi, zdobiąc filuterny uśmiech.


Tak że sobie wychowałam dziecko, ot co.

124

5 komentarzy

O ile czołówkę Miffy lub Cztery Słonie (lub, lub, lub… jest tego trochę) mogę, a wręcz powinnam, intonować synowi na okrągło, w dowolnych okolicznościach, o tyle najpopularniejszej w naszym narodzie kołysanki nie mam prawa, nawet szeptem, wspominać.

- A-a-a… a-a-a… – mruczę, jeszcze niczego nieświadoma. Patrzę w klejące się oczy syna, który z jakichś powodów nie chce dać sobie odpocząć i uporczywie podnosi ciężkie powieki - były sobie kotki dwa…
Usta dziecka wyginają się w podkówkę, broda drży a oczy – szeroko otwarte – szklą się od łez. W sekundę. Próbując zlokalizować przyczynę, tulę syna w ramionach i powoli kołyszę, zdezorientowana gwałtownym, rwącym szlochem. Pytam, zagajam, przeprowadzam naprędce twórczą analizę tekstu kołysanki, by przegnać zło, które ewidentnie roztoczyła nad dziecięcą głową.
Nie działa. Syn, zmęczony płaczem, zasypia mi po kilku minutach na kolanach.

Brutalnie i z pełną świadomością konsekwencji, przeprowadzam eksperyment na dziecku jeszcze kilka razy. Po trzech pierwszych sylabach efekt zawsze jest ten sam, więc ostatecznie wciskam w głowie delete i pokornie przyjmuję do wiadomości, że na naszej planecie kotki dwa nie istnieją. 

Jakiś czas później, urzeczona dziecięcą fascynacją misiami wszelkiej maści, daję się ponieść fantazji i patrząc na syna, tulącego w ramionach pluszowego niedźwiedzia polarnego, pytam go niewinnie:
- A wiesz, że jest piosenka o takim białym misiu…?
Ponieważ aktualnie zwisa i powiewa mi fakt, że jako bezdzietna nigdy w życiu nie przyznałabym się – przynajmniej na trzeźwo – do znajomości tego kawałka, zaczynam popis wokalny i jadę, pełną gębą, z tekstem nieszczęśliwegooo-o-o, białego misiaaa-a-a…
Syn, jak na komendę, stosuje podkówkę, bródkę, szkiełka… i cały ten zestaw. Rozmontowana kompletnie, tulę drżącę ciałko. Szczęśliwie zdążam z odsieczą przed wybuchem szlochu.
Szybki delete, lista przebojów się kurczy.

Pozostaje pytanie o powód. Rażący brak umiejętności wokalnych matki, czy arcydelikatna, nieco nad-wrażliwa, artystyczna dusza dziecka, które po prostu wzrusza się na okoliczność szczególnych konfiguracji dźwięków?
Samokrytycyzm każe mi szukać winy w sobie, jednak wywiad rodzinny i przesłanki genetyczne wskazują raczej na to drugie.

123

5 komentarzy


- Uważam, że to jest maltretowanie dziecka – ze stoickim spokojem, wyraźnie i jakże dobitnie konstatuje samozwańczy adwokat syna, gdy ten akurat spędza ósmą minutę na podłodze, gdzieś w połowie drogi między kiblem a salonem. Leży na plecach, tupie rytmicznie stopami o panele i okłada je do taktu zaciśniętymi pięściami, wzmacniając przekaz monotonnym mamaa-mamaa-mamaa… Po chwili serwuje sobie kilkunastosekundową przerwę, by w milczeniu, a nawet przy pomruku zadowolenia, pstryk-pstryk-pstryk… postukać o podłogę drobnymi paluszkami. Po należnym odpoczynku zaczyna jazdę od nowa, testując, czy może – zamiast zatwardziałej matki – nie byłoby skuteczniej wołać tataa-tataa-tataa lub dziadziuu—babciaa… etc. 

Zasadniczo chodzi o to, że ośmielam się ignorować spazmę i jedynie monitować od czasu do czasu, że oto jestem, tu, przy stole i czekam, aż zapanuje spokój a syn zechce zaszczycić mnie swoją obecnością, po tym, jak z rozdartą twarzą runął na ziemię w proteście przeciwko ograniczeniom. Nie wiem, czy miałam pozwolić mu się taplać w wodzie w sedesie, czy też biec mu na ratunek, słysząc dramatyczny zaśpiew.

- Przecież NIC mu się nie dzieje. – ciskam słowa, cedzę przez zęby; żyłka mi pęka. - Nie przywiązałam go do tej podłogi, nie krzyczę na niego ani nie zamierzam go bić. Może w każdej chwili wstać i przyjść – ja na niego czekam, o czym doskonale wie – niosę kaganek pedagogicznej oświaty, starając się tym samym oczyścić z zarzutów, jakobym pasjami maltretowała dziecko.


Po kilku kolejnych minutach syn przechodzi do pozycji czworaczej, by – z filuternym uśmiechem na ustach i zerowym śladem jakiejkolwiek frustracji – przybyć w glorii i chwale wprost na moje kolana.


- Psiaasiam – wydusza z siebie lekko zawstydzone pacholę. Wzruszam się nieco, niech będzie, eghm.





Ogólnie rzecz ujmując, postuluję wyprodukowanie izolatek dla rodzin zmagających się z buntem dwulatka, by w świętym spokoju mogły maltretować swoje dzieci procesem wychowywania a nastepnie – już po obróbce materiału – mogły ukazać światu opanowany, zharmonizowany i stabilnie działający produkt. Wychowywanie na forum, zwłaszcza rodzinnym, grozi nagłą krwią zalewającą.

122

6 komentarzy

Na męża pomysł, iżby ustanowić niedzielę świętym dniem wyspania, reaguję ekstatycznie. Przyspieszoną gestykulacją, wysokim tonem i szerzej otwartą powieką wyrażam aprobatę, bo wizja pozostania w łóżku, pomimo że dziecko uporczywie woła o "PAPTI!!!", jest naprawdę kusząca.

- Wiesz co – burczę do zagrzebanego pod kołdrą męża – w tę niedzielę to chyba ja się miałam wyspać. 
Nakrywam się szczelnie, zamykam oczy, zmuszam się do zaśnięcia. Chwilę wcześniej wróciłam – po raz drugi – z dziecięcego pokoju, gdzie usilnie walczyłam z uciekającym snem… by jeszcze na moment wrócił i zajął mi dziecko. Przynajmniej, aż zrobi sie widno.
Nienawidzę wstawać, gdy jest ciemno.

Dziecięcy świergot dobija się zza drzwi. Nie zaśnie. Mąż, z miną skazańca, wygrzebuje się z łóżka. Szura stopami po wykładzinie, wędrując do pełnego wigoru dziecka. 

- Tylko ubierz go najpierw – rzucam mężowi na odchodne i tym samym, kompletnie nieświadomie, kręcę na siebie bicz. Zamykam oczy, raz jeszcze… Ciepło puchowej kołdry rozpieszcza mnie nieprzyzwoicie… Bujam się na wyimaginowanym hamaku, by zaraz wskoczyć w puszystą chmurę sennego marzenia…

- Mam mu założyć body z krótkim rękawem? - bęc. Spadam z hamaka, chmura odlatuje. Za ścianą dwa osobniki płci męskiej walczą z elementami garderoby. Nie może być lekko.
- Znajdź jakieś z długim, w szafie… – mruczę niechętnie, odprowadzam wzrokiem tę odlatującą chmurę… Powolnym ruchem wsiadam z powrotem na hamak… Moja chmura uprzejmie zawraca…
- A gdzie są jego kapcie??? Bo tutaj nie widzę…
Spadam z hamaka. Instruuję, wsiadam na hamak… i schodzę.
- Wiesz, jak przygotować płatki? – pytam przezornie. Kolejnego upadku z hamaka mogę nie przeżyć.
- Tak, tak, wiem.
- 150 wody, 5 miarek i niepełny kubek płatków – nie ma mowy, nie dam się zaskoczyć.
Ciepło kołdry, ten hamak…


Na chmurze, w niedzielny poranek, gdy za oknem już jasno, jest mi dobrze, jak już dawno nie było… Nikt się po mnie nie tarza, nie kopie mnie w twarz ani w udo, nie jęczy o śniadanie i nie spada z łóżka, przyprawiając mnie o zawał. Drzemię już chyba z 15 minut!
Istne szaleństwo.

Celebrując własne szczeście, w które, a jakże, lekko nie dowierzam, lawiruję między snem a jawą… 
Podnoszę wzrok, gdy słyszę skrzypnięcie drzwi od pokoju. Mąż, na palcach, cichutko, zmierza w moim kierunku.
- Przyniosłem ci kawkę – obwieszcza dumnie i rozciąga usta w klaunim uśmiechu. 
- Bim-ba-bim! – kwituje syn zza ściany.

  • RSS