komunikat techniczny, znowu
Ze względu na przytłaczającą ilość komentarzy będących spamem, zmuszona jestem zablokować możliwość komentowania na tym blogu.
Na pogaduchy zapraszam więc tutaj
Ze względu na przytłaczającą ilość komentarzy będących spamem, zmuszona jestem zablokować możliwość komentowania na tym blogu.
Na pogaduchy zapraszam więc tutaj
Wobec codziennego wychodzenia ojca do pracy syn żywi uczucie mieszczące się gdzieś w granicach umiarkowanej akceptacji. Nie odstawia histerii, nie wgryza się ojcu w nogawkę ani nie wypytuje kompulsywnie o powrót taty. Stan rzeczy przyjął do wiadomości, jak matka zmienność pór roku i konieczność przeżywania zim. Niemniej protest w postaci kwaśnej miny i wyraźnego NIE! serwuje przy każdej sposobności niemal obowiązkowo (podobnie zresztą ma się sprawa matki i konieczności przeżywania zim, w sumie).
Tuż po tym, jak za mężem i ojcem opadła brama garażowa, syn wiesza się oburącz na klamce w drzwiach do przedsionka. Otwiera je bez trudu, przekracza próg i zamyka przeszklone skrzydło za sobą.
- A dokąd ty idziesz? – pytam szczerze zaciekawiona.
- Paci - odpowiada mój dorosły syn, miesięcy całe 20 i patrzy na mnie mądrym, a wręcz wyrozumiałym spojrzeniem.
- Naprawdę? A gdzie pracujesz?
- Zianzia – informuje i z wolna zabiera się za wychodzenie z domu. W kapciach, bawełnianym body i polarowych spodniach od dresu; na te całe 3 stopnie porannego, wiosennego ciepła.
Zianzia, znana szerszej publiczności raczej jako tramwaj to autentyczna pasja. Bo jak inaczej nazwać fascynację, która u 20-miesięcznego dziecka trwa dokładnie połowę jego życia? Zianzia, która w przypływie rozemocjonowania bywa zian-zian-zianzią, to – jak czasem mi się wydaje – sens egzystencji mojego dziecka. Jest motywacją do wyjścia na spacer (choć, rzecz jasna, w 6-tysięcznym mieście żaden transport publiczny nie istnieje) oraz lepszym niż telewizor sposobem uziemienia dziecka – bo dziecko, proszę państwa, posiada nagrany i zmontowany domowym sumptem 10-minutowy film, którego cała akcja opiera się na arcyciekawym motywie przejazdu niebieskich bombardierów i 105N.
W blokach rysunkowych królują pokraczne, dość schematyczne wagoniki tworzone ręką matki a najprawdziwszy tramwaj – przy dużej dawce wyobraźni – można skonstruować nawet z czterech klocków lego duplo. Wiem, bo syn mi pokazał.
- Cieszę się, że robisz to, co kochasz – obwieszczam synowi, po czym wciągam go z powrotem do domu. I przypominam sobie, że tuż po przyjeździe na studia do uniwersyteckiego miasta, zakochałam się w tramwajach i długo nosiłam się z zamiarem ukończenia kursu dla motorniczych. Najwyraźniej brakło mi zapału, bo na noszeniu się skończyło.
Czego życzyć dziecku z okazji ukończenia dwudziestki?
Determinacji?
- ZIUMBAAA! - zakrzykuje energicznie synu, bujając się pod sam sufit na drewnianej huśtawce.
- A kto chodzi na zumbę?
– MAMA!
Tak. Mama na zumbie to zjawisko iście bajeczne. Mama na zumbie płonie z przegrzania i straszy rumianym licem, myli kroki i katuje lewe kolano, z którego potem przez cztery kolejne dni przegania mało urokliwy obrzęk. Tańczy i sapie, dyszy i dmucha… i pot z niej spływa… hektolitrami. Kręci tym i owym, klaszcze dziarsko w dłonie i popyla w mniej lub bardziej rytmicznych podskokach od lewej do prawej (podczas, gdy reszta sali popyla od prawej, ale kij).
Mama na zumbie jednak przede wszystkim czuje, że żyje. Drżeniem mięśni i mokrą głową utwierdza się w fizycznej egzystencji a przesycona endorfinami traci panowanie nad mimiką, zastygłą w idealną krzywiznę europejskiego banana.
—
Rankiem nieśmiało wydobywam spod kołdry zazumbione kończyny; brak paraliżujących zakwasów dowartościowuje, nie powiem.
- Jak ci się spało…? – pytam syna, który prężnym krokiem wmaszerował właśnie do sypialni starszyzny.
- Mijo… - odpowiada leniwie.
I o to chodzi.
Dziecko werbalizujące to jakby level up w relacji. Inna epoka. To jak granie w tenisa na wypasionym korcie po roku odbijania piłki od ściany ciasnego pokoju.
- Cio to? - pyta syn wskazując palcem na plastry rzodkiewki, którymi szczelnie przykryłam kromkę chleba z twarogiem.
- Rzod-kiew-ka - odpowiadam dużymi literami, z teatralną dykcją, mając na uwadze skomplikowane brzmienie słowa.
- …aaaaAaaha - kwituje młody. Wbija uzębienie w kanapkę, odgryza tyle, ile jest w stanie pomieścić w ustach, po czym robi coś – nie wiem co – co sprawia, że kanapka ląduje z plaskiem na talerzu, rzodkwią do dołu, rzecz jasna. Wybuchamy śmiechem, nie zważając na dziecięcą paszczę pełną jedzenia.
- Jaja! - powiada syn, zachodząc się śmiechem.
Trafne umiejscowienie w kontekście to mój ulubiony aspekt dziecięcej wypowiedzi. Podobnie jak nieoczekiwane wygłaszanie tego, co zasłyszane dawno temu zaległo w meandrach pamięci i przez długi czas pozostawało uśpione.
- Kurrr…cze! – bluzgam przytomnie wersją lajt na okoliczność poparzenia prawej dłoni rozgrzanym uchem gara. Z jakąś zupą – zapewne. Zupa jako nieodłączny atrybut matki dzieciom. Dziecię rozporządza pojazdami kołowymi, powodując co rusz kolizje autobusu z większym od niego jakieś 3 razy samochodem. Więc rzucam to nieszczęsne kurczę, na co nieletni, jak ulał wpasowując się w klimat, dorzuca:
- bladiii….!
- Ja to się obawiam, że on będzie umiał przeklinać, zanim pójdzie do chrztu – wyartykułował swego czasu pradziadek S., zwany od niedawna Tasiem. A przyznać trzeba, że miało to miejsce jeszcze w okresie zamierzchłego niemowlęctwa syna.
Prorok jaki, czy co?
Po dogłębnych analizach, przemyśleniach, bitwach stoczonych z natłokiem myśli oraz po kolejnych, mrożących krew w żyłach przygodach ze złośliwym kokpitem, zapraszam miłych Państwa tutaj.
W nowym miejscu znajdziecie prawie cały zestaw archiwalnych wpisów (bez notek „technicznych” i konkursowych – stąd rozjazd w numeracji), oraz linki do zdjęć ilustrujących poszczególne wpisy, które poznikały w wyniku transformacji na „lepsze”.
Pod starym adresem, z myślą o zbłąkanych wędrowcach oraz o podtrzymaniu funkcji życiowych tego bloga, nadal będą pojawiać się nowe wpisy.
Mam nadzieję na równie dobry klimat, jaki gościł tu od początku istnienia tego bloga oraz – przede wszystkim – na Waszą obecność i czynny udział
żm
…pełny frustracji, tupania nóżką, i ogólnego focha.
Materia odporna na wszelkie błyskotki, kokardki, koroneczki i cały ten tuning, pękła pod naporem kuszących komunikatów, że oto nadeszło lepsze, ładniejsze, prostsze, wygodniejsze… i w ogóle WOW. I kliknęła w nieodwracalne, przenosząc bloga swego jedynego w labirynt Minotaura.
I się zaczęło. I skończyło, tym samym.
Ochota na pisanie nowych notatek odeszła w zapomnienie wraz z pojawieniem się nowego wyglądu i sposobu obsługi bloga. Kokpit, zwany swego czasu po prostu panelem administracyjnym, przemawia do mnie językiem wychudzonego, schowanego za zaparowanymi okularami informatyka i robi totalnie wszystko, bym przypadkiem nie domyśliła się o co tak właściwie chodzi.
Używa wobec mnie słów, które zmuszona jestem uznać za obraźliwe, gdyż najnormalniej w świecie ich nie rozumiem. Kusi mnie zapisaniem szkicu notatki, gdy akurat syn – w kompletnie bezsensownym momencie – postanowił zakończyć drzemkę, po czym wystawia mi język, gra na nosie i komunikuje brak zapisanych szkiców. A nie powiem, żebym napisała trzy zdania.
Rzucając kilka soczystych bluzgów w przestrzeń, postanawiam zatem wynagrodzić sobie wszelkie krzywdy i udać się do zapowiadanego mnóstwa nowych szablonów (które to mnóstwo w znacznej mierze odpowiada za moją idiotyczną decyzję przeniesienia bloga) i zafundować sobie miłą zabawę kolorami w hateemelu. Gdy już kończę ponownie bluzgać, widząc całe 12 szablonów nudnych jak flak, odkrywam, że jedyną opcją zmian na moim szablonie jest wybór jednego spośród bodajże dwóch zestawów kolorystycznych.
Szał pał, mili państwo.
Być może za jakieś siedemnaście miesięcy zdołam opanować tę wygodniejszą, prostszą, lepszą i w-ogóle-WOW-wersję, ale póki co chlipię po kątach z tęsknoty za starym, dobrym blogiem i ulegam coraz większej pokusie uknucia planu ewakuacji.
Kiedy 10 miesięcy temu pławiłam się w zachwytach nad eksplodującym rozwojem mowy u syna, zwyczajnie gadałam bzdury i niespecjalnie miałam pojęcie, o czym rozprawiam. Bo eksplozja, jak się aktualnie, dzień w dzień okazuje, dopiero miała nadejść (i cóż z tego, że za jakieś pół roku zrobię kopiuj/wklej z powyższym odkryciem?).